Dasz pożuć?

Gumy do żucia – w szczególności Donaldy - były hitem nieporównywalnym z niczym w naszych czasach, bo chociaż współczesne dzieciaki mają swoje marzenia – na taką skalę nikt już nie marzy o gumie do żucia.

Donald

Pierwszą w życiu gumę, której nazwy najzwyczajniej w świecie nie pamiętam, dostałam od ciotki z Sosnowca i chociaż mnie pouczyła, żeby jej nie zjadać, tylko bardzo powoli gryźć – pożarłam ją w całości. W dodatku przed obiadem.

Z gorączkowych tłumaczeń ciotki, która co drugie słowo kierowała do mamy, zrozumiałam, że gumę należy odgryzać po kawałku i ostrożnie łykać (uwagę, że można z niej robić balony puściłam mimo uszu, bo nie wiedzieć czemu, wydała mi się bardzo niedorzeczna). Odgryzałam więc zgodnie z instrukcją, po paseczku niewiele większym niż milimetrowy, i łykałam pomimo odruchu wymiotnego. Oczywiście, w sekrecie, żeby się z młodszą siostrą nie dzielić. Za nic jednak nie mogłam zrozumieć, skąd taka ekscytacja ciotki tą przeklętą gumą, która w ogóle mi nie smakowała. No, ale skoro pochodziła z zagranicy, wypadało się poświęcić i udawać, że smakuje.

Ciotka w pewnym momencie musiała nabrać podejrzeń, bo zbyt grzecznie cupnęłam w kąciku i zaczęła się rozglądać za gumą. Głupio się było przyznawać, że już całą zjadłam, więc siedziałam cicho, w nadziei, że nie zajrzy do pustego papierka, który położyłam na parapecie, za glinianą doniczką z kwitnącym na czerwono krakowiakiem.

– Gdzie jest guma??? – padło wreszcie dramatycznie pytanie.

Nie wiem, kto był bardziej bardziej spanikowany – mama, ciotka czy ja, bo kiedy w końcu zmusiły mnie do zeznań, do których raczej skora nie byłam, okazało się, że guma to rzecz bardzo niebezpieczna! I że mogła mi zalegnąć żołądku.

Pod wpływem histerii mamy i ciotki oraz herbaty miętowej, którą natychmiast dla mnie zaparzyły, zwizualizowałam sobie kulę zatykającą żołądek i natychmiast zaczął mnie on boleć. Z nerwów chyba.

Po tej przygodzie długo miałam uraz i gumy do żucia nie leżały w sferze moich zainteresowań, dopóki nie odkryłam… Donaldów! Zapach, smak, szelest papierka z uśmiechniętym dziobem Kaczora Donalda i emocje towarzyszące rozwijaniu historyjki (z wiszącym nad głową pytaniem: „Czy taką już mam?”) są nie do podrobienia.

Kiedy miałam kilka lat, w miejscowym sklepie spożywczym Donaldów nie sprzedawali, a PEWEX znajdował się w miasteczku oddalonym o kilkanaście kilometrów i nikt ze znanych mi osób raczej nie robił tam zakupów. Donaldy przywoził sąsiad, który na czarno pracował w Niemczech. Dostawaliśmy je od jego żony za „pilnowanie” syna, które polegało na wspólnej z nim zabawie.

Raz dostałam cały zestaw – chyba były pakowane po sześć sztuk – i ruszyłam z tym zestawem niczym z trofeum wojennym przez osiedle (na wsi to kilka domów). Byłam tak dumna, tak ogłupiała ze szczęścia, że specjalnie wlokłam się z nogi na nogę, powoli, żeby wszyscy mogli zobaczyć, co niosę. I zobaczyli. I jak zazdrościli!

Nie przewidziałam tylko, że po drodze spotkam Zosię, moją najlepszą koleżankę z podstawówki, i przyjdzie mi stoczyć wewnętrzną walkę, niczym Jacuś z baśni o kwiecie paproci, którą mieliśmy w podręczniku do języka polskiego w klasie trzeciej. Koleżanka zaczęła mnie błagać o jednego Donalda, a ja nie wiedziałam, co począć. Łamałam się, było mi jej żal i od dziecka uczono mnie, że należy się dzielić, ale tym razem zwyciężyła ciemna strona mocy. Zupełnie jak we wspomnianej bajcie. A kiedy oprzytomniałam z Donaldowego amoku, było już za późno. Skręciłam w swoją uliczkę z paskudnym uczuciem, które miało mi towarzyszyć przez wiele tygodni.

Zosia twierdzi, że tego zdarzenia nie pamięta, a mnie wciąż jest głupio z powodu dziecięcego skąpstwa.

Dlaczego się z nią nie podzieliłam? Nie o skąpstwo jako takie chodziło. I nie o gumę. Szło o historyjkę. Zosi również zależało na takowej (tak w każdym razie podejrzewałam), więc raczej nie oddałaby jej dobrowolnie, w imię podwórkowej zasady: „Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera!”.

Stanęłam więc przed iście Hamletowskim pytaniem – być czy mieć i pomimo skrupułów, uległam instynktowi. Nie chciałam stracić rzadkiego przecież – bo Donaldów nie dostawało się na co dzień – momentu powolnego i delikatnego rozpakowywania folijki, aby jej nie uszkodzić, i tych emocji towarzyszących rozkładaniu owiniętej wokół gumy, złożonej na pół historyjki… Nie przeżyłabym chyba, gdyby wyciągnęła taką, jakiej brakowało w mojej świeżutkiej kolekcji! Zresztą i te powtarzające się także miały swoją wartość. Wymieniałam je potem na inne.

guma_donald17

Cenną walutą były również obrazki z gum Turbo, które wszakże Donaldów nie zdetronizowały i dla których z pewnością nie położyłabym na szali dziecięcej przyjaźni.

Gumy Turbo nie pachniały tak zniewalająco, choć i one miały to „coś”. Plus oczywiście obrazki z wypasionymi samochodami, które po naszych drogach jeszcze nie jeździły i które znaliśmy z oglądanego pasjami serialu Policjanci z Miami.

Na naszym podwórku gumy Turbo zrobiły furorę dopiero wtedy, kiedy gruchnęła plotka, że są rakotwórcze i że mówili o tym w Teleexpressie. Może był to swego rodzaju chwyt marketingowy, a może pogłoska stworzona przez konkurencję, ale… zadziałało! W każdym razie u nas, bo skoro mama zabroniła nam tych gum kupować, robiliśmy to w konspiracji.

Poniekąd pewnie dla dreszczyku emocji (w końcu zakazany owoc smakuje najlepiej), poniekąd z przekory i oczywiście z powodu obrazków z samochodami, które wszyscy kolekcjonowali na potęgę. Ja też, chociaż byłam dziewczynką. W odróżnieniu od koleżanek jakoś nie dałam się wciągnąć w zbieranie naklejek z bohaterami serialu Dynastia czy z Barbie, które pojawiły się jakiś czas później. Na Barbie byłam już wtedy za stara, a naklejki z obrazkami nawiązującymi do Dynastii cieszyły się zdecydowanie mniejszym wzięciem od obrazków z Turbo czy historyjek z Donalda… Nie były walutą. Przynajmniej w moich kręgach.

ChicleChabelAlbum1_02

W przeciwieństwie do Donaldów czy kolorowych kulek w pasku, które smak i barwę traciły wyjątkowo szybko i niespecjalnie nadawały się do robienia balonów, smaku gumy Turbo jakoś nie pamiętam. Być może dlatego, że gdy „okazały się” rakotwórcze, profilaktycznie żuliśmy je tylko przez chwilę, niekiedy podając sobie przeżutą gumę z buzi do buzi. Chociaż niespecjalnie lubiłam, kiedy ktoś grzecznie zapytał:

– Dasz pożuć?

A ponieważ nie byłam asertywna, zazwyczaj kończyło się pożyczeniem gumy koledze czy koleżance na wieczne nieoddanie. Nie żeby nie chcieli oddać. Chcieli, ale jakoś miewałam opory z włożeniem takiej gumy z powrotem do buzi. Gryzów także nie lubiłam dawać, choć z dwojga złego łatwiej było przełknąć nagryzioną kromkę czy jabłko niż delektować się gumą przeżutą przez całą podwórkową bandę.

prl_16

Wracając jednak do Turbo – pamiętam – baliśmy się ryzykować i kupowaliśmy je raczej dla obrazków z samochodami niż dla gumy jako takiej, na co można było sobie pozwolić z uwagi na fakt, że nadeszły lepsze czasy od tych, które pamiętałam z lat po stanie wojennym i niedaleko mojego domu pojawiła się budka prywaciarza.

Pamiętam, siadywaliśmy z kolegą pod młodą lipą, na omszałej stercie zaschniętego wapna, przy drodze wojewódzkiej, na której wówczas nie było specjalnego ruchu i czekaliśmy w nadziei, że zobaczymy chociaż jeden samochód znany z obrazka. I… marzyliśmy. O czasach, w których po drogach będą jeździć takie superowe auta, a mamy nie będą wyznaczały nam limitów na gumy do żucia.

skanuj0001

Źródło obrazków: internet.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.